Praca projektantki na stolarni.

Praca projektantki na stolarni.

Wiele osób ma błędne przekonania co do tego, jak wygląda proces realizacji mebli zamówionych u stolarza. Z jednej strony oczami wyobraźni widzimy pana w średnim wieku (czyli ile może mieć lat?) z papierosem w buzi, całego zakurzonego, który w swoim warsztacie przyjmuje klienta i trudno znaleźć tam miejsce na położenie choćby małej karteluszki z rysunkiem klienta. Z drugiej strony mamy młodego „cwaniaczka”, który wszystko nam obieca: frezy i zdobienia, a potem zamówi w hurtowni gotowe, oklejone formatki z laminatu, które poskręca ze szwagrem w garażu na konfirmaty. I ciach, gotowy do montażu. W ogóle, czyż to nie jest tak, że ekipa wykończeniowa/stolarska/mechaników „my ze szwagrem” jest mistrzem świata? Zwłaszcza po kilku głębszych.


Chciałabym dzisiaj wyprostować te przekonania i pokazać jak wygląda proces realizacji moimi oczami. Czyli oczami projektantki, która nie spędza całych dni przy komputerze, bo zwiariowałaby. Której nie cieszy ilość wypuszczanych projektów, ale jakość tych zrealizowanych. Będzie to artykuł o tym, jak wyglądała moja praca na stolarni. Ale podkreślam, że to MOJA praca, a nie każdego projektanta mebli w studiu meblowym, czy kuchennym. W typowych studiach kuchennych wygląda ona nieco inaczej.

Projektant opiekuje się klientem.

Po pierwsze i najważniejsze, ja swoją rolę widziałam jako „opiekuna klienta” – prawie jak u operatora komórkowego :), ale tak rzeczywiście było. Zajmowałam się klientem od pierwszego telefonu do zamknięcia za sobą drzwi po montażu. Jak osoba dzwoniąca do firmy trafiła na mnie to już był związek na cały proces. Miało to bardzo dużo zalet, jedną z najważniejszych była ta, że w całym tym procesie poznawaliśmy się z klientem, wiedziałam coraz więcej o jego oczekiwaniach i często poznawałam jego gust lepiej niż on sam mógł to określić. Nie będę tu się rozpisywać o procesie zbierania wywiadu, projektowaniu kilku wersji i wycenie. Chcę się skupić na tym, co dzieje się po podpisaniu umowy. Bo wiesz, że w profesjonalnej firmie umowa to najważniejsza rzecz, prawda?

Dygresja:
Wiesz w ogóle dlaczego chcę się podzielić swoim doświadczeniem? Z kilku powodów. Po pierwsze, żeby pokazać Tobie, że projektowanie mebli to nie tylko kilka kresek w programie komputerowym, albo na papierze. Że wstawienie kilku gotowych szafek w darmowym planerze do kuchni, nawet jeśli to ładnie wygląda, nie jest projektem. Żeby uświadomić wykonawcom, że istnieją projektanci, którzy biorą szereg czynników pod uwagę. Że uwagi w tylu „papier wszystko przyjmie” bywają trafione, ale da się im zapobiec zmieniając swoje nastawienie do projektanta i traktując go po partnersku (zwłaszcza tego młodego, zdobywającego doświadczenie).

Pomiar, projekt, inspekcja.

Pierwszą czynnością, bez której nie da ruszyć się dalej jest szczegółowy projekt techniczny, opierający się o dokładnie przeprowadzony pomiar (przez projektanta, rzecz jasna). Kiedy projekt jest gotowy, ma wszystkie wymiary wpisane, umawiam się z klientem na miejscu, gdzie będzie montaż. Wtedy też najczęściej w tym miejscu pracują fachowcy z innych branż i jest to okazja, aby omówić ten projekt z szerszym gronem. Czasami bywa tak, że gdzieś trzeba ścianę wyrównać, czasami poszerzyć otwór drzwiowy, czasami przenieść gniazdko – wszystko to zależy od tego, co zostało zaprojektowane i jakie oczekiwania ma klient. Dzięki takim rozmowom na budowie, łatwo jest zapobiec różnym wpadkom podczas późniejszego montażu.

Zaopatrzenie, znajomość swoich ludzi i trudne wybory.

Kolejnym krokiem jest spisanie CAŁEGO zaopatrzenia. Tak, ja projektantka, spisuję wszystkie elementy, które trzeba kupić lub zorganizować. Robię to ja, na podstawie projektu technicznego, bo któż inny ma wiedzieć, co ma być w projekcie, jak nie projektant? Co zawiera taki spis? Ilości tarcicy, rodzaj i ilość okuć, chemię, płyty meblowe, ilości obrzeża i całe mnóstwo drobnych elementów. Wszystko przeliczone na metry, sztuki, kilogramy, litry i każdą inną potrzebną jednostkę. [dygresja: cała trudność polegała na tym, że musiałam pamiętać jaki sposób pracy ma który stolarz. Jednemu zawsze było za mało kołków, innemu wylewał się utwardzacz do lakieru, a jeszcze inny, trzy razy ucinał deskę i cały czas była za krótka – takie rzeczy trzeba przewidzieć na etapie spisywania zamówienia] Oczywiście wszystko to było omówione ze stolarzem, który miał daną realizację wykonać.
Całe zapotrzebowanie należało oczywiście zamówić. I to także należało do moich obowiązków. I wcale nie polegało na tym, żeby napisać kilka maili i czekać na dostawę, o nie. Niektóre elementy rzeczywiście zamawia się internetowo lub telefonicznie z dostawą, a innych się nie da. Jeżeli potrzebna była tarcica, często bywało tak, że wsiadałam do auta i w składzie drzewnym wybierałam poszczególne deski, które będą spełniamy moje oczekiwania. Czasami trzeba było się przejechać do tartaku. Czasem 20 km od stolarni, czasem 100 km, a czasem 200 km. Takie życie, taka praca. Kiedy termin był tak krótki, że minuty zaoszczędzonego czasu były na wagę złota, brałam dostawczaka i sama jechałam do hurtowni po kilka arkuszy płyty. Czy wspominałam już o doborze zawiasów? Jeśli nie, to musisz wiedzieć, że różnych rodzajów zawiasów jest tak wiele, do różnych rozwiązań, że katalog Blum jest moim podstawowym narzędziem pracy.

Etap produkcji.

Czas realizacji zamówienia jest jednym z najlepszych doświadczeń dla projektanta mebli. Może na bieżąco obserwować, jak jego wizja staje się rzeczywistością. Miałam niesamowity komfort, że warsztat był w tym samym budynku, co moje biuro i codziennie spędzałam dosłownie godziny na warsztacie monitorując przebieg prac. Dla mnie to było ważne i każdy mebel dosłownie „głaskałam”, żeby wyczuć ewentualne „zadziorki” i organoleptycznie sprawdzać jakość. Ekipa stolarzy często się nabijała ze mnie mówiąc, że „uwaga, Monika włącza lupę”.
Bywało tak, że od momentu podpisania umowy do dnia montażu nie było w ogóle potrzeby kontaktu z klientem. Robota była na tyle klarowna, że wszystko było wiadomo. Ale spora część realizacji to były projekty zupełnie nietypowe. Wtedy niemal codziennie po 20 razy rozmawiałam z przedstawicielem inwestora. Bo to raczej były inwestycje komercyjne z tak krótkim czasem realizacji, że trzeba było pogodzić się z brakiem dostępności „od ręki” pewnych elementów i momentalnie decydować się na konkretny zamiennik. Czasem przypominało to walkę o ogień, a czasem walkę z wiatrakami 🙂

Jak moja torebka ratuje montaż.

Kiedy zbliżał się wyznaczony termin montażu, umawiałam się z klientem dokładnie co do godziny „wjazdu na chatę”. Wtedy także, razem ze stolarzem, który dany mebel lub zestaw mebli (np. kuchennych) wykonywał omawialiśmy sobie szczegóły techniczne montażu. Jak myślisz czyją rolą było zorganizowanie wszystkich niezbędnych akcesoriów do sprawnego przeprowadzenia montażu? Tak, zgadza się – moją. To także zajmowało trochę czasu.
Dzień montażu zawsze był jednym z najbardziej stresujących w całym procesie realizacji, ale jednocześnie był bardzo wyczekiwany. Ja nigdy nie przyzwyczaiłam się do stresu związanego z montażem. Może dlatego, że każdy projekt traktowałam bardzo emocjonalnie, ponieważ nawiązywałam bliższą relację z klientem niż moi fachowcy. Taki dzień montażu to dosyć umowne określenie, bo czasem trwało to kilka godzin, czasem dwa dni, a jak zamówienie było bardzo duże, to rozkładało się na dłuższy czas. Towarzyszyłam ekipie w niemal każdej minucie i byłam „dziewczyną na posyłki”. Dlaczego? Np. listwę trzeba dociąć, wykonać szablon, potrzeba więcej kleju itd. Sytuacje, w których teoretycznie brakowało drobnych akcesoriów, np. kołków, dłuta, śrubokręta, wkrętów rozwiązywała moja torebka – tak, tak, dobrze czytasz. W mojej torebce można było zawsze znaleźć jakieś kołki, wkręty, nawet śrubokręt się znalazł.

Czyściciel - amator i fotograf prawie profesjonalista.

Po skończonej pracy, razem z chłopakami z warsztatu czyściliśmy po sobie teren. Odkurzacz co prawda nie mieścił się w mojej torebce, ale ściereczki już owszem. Odkurzacz był za to na pace. Polerowałam szybki w meblach, których byłam autorką, ale nie właścicielką. Po co? Po pierwsze dlatego, że klient zamawia u nas meble, a nie pył stolarski, po drugie dlatego, że jest to po prostu miłe dla klienta, a po trzecie dlatego, że jest to niezbędne do zrobienia zdjęć.
Czasami zdarzało się, że na specjalną sesję fotograficzną do naszego portfolio umawialiśmy się na inny dzień, a czasami trzeba było działać tego samego dnia. Aparat zawsze naładowany, statyw w bagażniku, a gdzie fotograf? W moje osobie, oczywiście 🙂 Nie bez powodu na studiach architektury wnętrz są zajęcia z fotografii, co nie?

Jak oceniasz teraz, po tym artykule pracę projektanta mebli w stolarni? Podkreślam, że w stolarni, w której obrabia się drewno, a nie tylko skręca płyty meblowe. Dla mnie jest to bardzo interdyscyplinarne zajęcie, w którym możliwość nauki nigdy nie wygasa. Każdego dnia, każda rozmowa z ekipą czy to na warsztacie, czy wykończeniową u klienta była okazją do czerpania wiedzy. Pracę w takim miejscu polecam każdemu studentowi architektury wnętrz, bo ilość dziedzin, których zdobywa się REALNE doświadczenie jest przeogromna. A przede wszystkim czynnie uczestnicząc w realizacji zleceń, tak jak robiłam to ja, czyli od odebrania telefonu do zamknięcia za sobą drzwi po montażu sprawiamy, że meble tworzone są ogromnym zaangażowaniem, co jest widoczne w jakości. A klienci bardzo to doceniają i po prostu sprawiamy tym uśmiech na ich twarzach 🙂

PS. Jeśli interesuje Cię taka tematyka, to polecam również artykuł “Jak dogadać się ze stolarzem“.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *